Polskie kino od lat ma niesłabnącą słabość do „chłopców z miasta”. Fascynacja światem przestępczym, szybki awans społeczny w realiach transformacji ustrojowej i brutalne upadki to motywy, które przyciągają przed ekrany miliony widzów. Jednak premiera filmu „Jak pokochałam gangstera” przyniosła coś więcej niż kolejną strzelaninę w dresach. To epicka, niemal trzygodzinna ballada o Nikodemie Skotarczaku, znanym szerzej jako „Nikoś” – człowieku, który dla jednych był bezwzględnym bandytą, a dla innych królem życia i nieformalnym władcą Trójmiasta. Maciej Kawulski, reżyser, który wcześniej zaskoczył publiczność hitem „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa”, tym razem zabiera nas w podróż jeszcze bardziej sentymentalną, kolorową, a momentami wręcz psychodeliczną.
Film ten nie jest typową biografią. To raczej impresja na temat życia, w którym granice moralności zacierają się pod wpływem blasku neonów, ryku silników luksusowych samochodów i zapachu wielkich pieniędzy. „Jak pokochałam gangstera” to produkcja, która polaryzuje – jedni zarzucają jej gloryfikację przestępczości, inni widzą w niej tragiczny portret człowieka uwikłanego we własną legendę. Aby zrozumieć ten fenomen, trzeba zajrzeć głębiej, poza efektowne sceny akcji, i przyjrzeć się temu, co film mówi nam o nas samych i o naszej tęsknocie za „wielkim światem” w szarej rzeczywistości PRL-u i wczesnych lat 90.
Nikoś – Ojciec Chrzestny z Wybrzeża czy sprytny cwaniak?
Centralną postacią opowieści jest Nikodem Skotarczak. Film Kawulskiego stawia sobie ambitne zadanie: pokazać człowieka za legendą. Nikoś nie rodzi się gangsterem; on się nim staje, wykorzystując spryt, charyzmę i specyficzne warunki geopolityczne Gdańska. To miasto jest w filmie niemym bohaterem – oknem na świat, miejscem, gdzie waluta smakuje inaczej, a zachodnie towary są na wyciągnięcie ręki.

W narracji filmowej obserwujemy ewolucję bohatera. Od drobnego cinkciarza i chłopaka z ambicjami, po organizatora wielkiego procederu kradzieży samochodów na skalę europejską. To, co wyróżnia ten obraz na tle innych produkcji gangsterskich, to ukazanie Nikosia jako swoistego celebryty swoich czasów. Był to przestępca, który nie krył się w cieniu. Wręcz przeciwnie – pragnął świateł jupiterów. Sponsorował Lechię Gdańsk, otrzymywał odznaczenia „Zasłużonego dla Gdańska” (co w filmie wybrzmiewa jako gorzka ironia losu), a jego styl bycia przypominał bardziej gwiazdę rocka niż szefa mafii.
Twórcy filmu, opierając się na wspomnieniach i dostępnych materiałach, rysują portret człowieka pełnego sprzeczności. Z jednej strony widzimy bezwzględność w interesach, z drugiej – ogromne przywiązanie do rodziny, lojalność wobec przyjaciół (przynajmniej do pewnego momentu) i specyficzny kod honorowy. Czy jest to obraz prawdziwy? To pytanie, które zadaje sobie wielu historyków i dziennikarzy śledczych. Filmowa wizja jest z pewnością romantyzowana, ale właśnie ta „filmowość” sprawia, że historię ogląda się z zapartym tchem. Nikoś w wydaniu filmowym to postać tragiczna, która buduje imperium na piasku, nie zdając sobie sprawy, że fala nadchodzi szybciej, niż myśli.
Tomasz Włosok – aktorska metamorfoza roku
Nie można mówić o sukcesie filmu „Jak pokochałam gangstera” bez wspomnienia o fenomenalnej roli Tomasza Włosoka. To właśnie on niesie ten film na swoich barkach. Włosok nie gra Nikosia – on się nim staje. Aktor dokonał niesamowitej pracy nad ciałem, głosem i sposobem poruszania się. Widzimy, jak jego bohater zmienia się fizycznie na przestrzeni lat – od młodego, pełnego energii chłopaka, po zmęczonego życiem, opuchniętego od używek i stresu mężczyznę w średnim wieku.
Włosokowi udało się uchwycić charyzmę Skotarczaka, która sprawiała, że ludzie lgnęli do niego mimo jego profesji. W jego oczach widać szaleństwo, ale też momentami przeraźliwy smutek i samotność. To nie jest jednowymiarowa postać twardziela. To kreacja pełna niuansów. Sceny, w których Nikoś konfrontuje się z własnymi demonami, z utratą bliskich czy ze świadomością nieuchronnego końca, to majstersztyk aktorstwa. Włosok udowadnia, że jest jednym z najbardziej utalentowanych aktorów swojego pokolenia w Polsce, potrafiącym wyciągnąć psychologiczną głębię nawet z postaci, która mogłaby być potraktowana stereotypowo.
Kobiety w świecie mężczyzn
Tytuł filmu – „Jak pokochałam gangstera” – sugeruje perspektywę kobiecą i to jest kolejny ciekawy zabieg narracyjny. Historia opowiadana jest z perspektywy tajemniczej kobiety (w tej roli świetna Krystyna Janda jako narratorka z przyszłości oraz Julia Wieniawa i Agnieszka Grochowska w różnych etapach życia). To spojrzenie „z boku”, pełne miłości, ale i bólu, nadaje filmowi inny wymiar.
Kobiety w życiu Nikosia nie są tylko tłem czy trofeami, choć w tamtym świecie często tak były traktowane. Film stara się pokazać, jaką cenę płaciły partnerki, żony i matki gangsterów. Życie w złotej klatce, ciągły strach o to, czy mąż wróci do domu, konieczność przymykania oka na zdrady i nielegalne interesy – to codzienność, którą film portretuje bez znieczulenia. Relacja Nikosia z „Czarną” czy jego żonami pokazuje, że w świecie, gdzie rządzi przemoc, miłość jest towarem deficytowym, a często też – najbardziej raniącą bronią.
Estetyka lat 80. i 90. – wizualna uczta Kawulskiego
Maciej Kawulski ma swój unikalny styl, który można kochać lub nienawidzić, ale nie można odmówić mu wyrazistości. Reżyser traktuje kino jak teledysk. Montaż jest dynamiczny, kolory nasycone, a każdy kadr dopieszczony. „Jak pokochałam gangstera” to wizualna podróż w czasie. Scenografia i kostiumy perfekcyjnie oddają klimat epoki – od szarych blokowisk PRL-u, przez kiczowaty przepych wczesnego kapitalizmu, po mroczne wnętrza więzień i nocnych klubów.
Na szczególną uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa. Muzyka w tym filmie nie jest tylko tłem; jest narratorem. Hity z lat 80. i 90., przeplatane nowymi aranżacjami, budują atmosferę nostalgii i melancholii. Utwory takie jak „Big in Japan” czy polskie klasyki rockowe idealnie wpasowują się w rytm opowieści, podbijając emocje w kluczowych scenach. Kawulski bawi się formą, stosuje zwolnione tempo, nietypowe kąty kamery, co sprawia, że nawet długa, trzygodzinna projekcja nie nuży wizualnie.
Mit a rzeczywistość – problem gloryfikacji
Omawiając „Jak pokochałam gangstera”, nie sposób uciec od dyskusji etycznej. Czy film nie stawia pomnika przestępcy? Nikodem Skotarczak, mimo całego swojego uroku, był człowiekiem odpowiedzialnym za wiele zła. Kradzieże, wymuszenia, powiązania z morderstwami – to fakty, które w filmie są obecne, ale często przysłonięte przez „fajność” bohatera. Widz może łatwo wpaść w pułapkę sympatii do diabła.
Krytycy zarzucają produkcji, że zbyt mocno skupia się na „ludzkiej twarzy” mafii, pomijając cierpienie ofiar. Z drugiej strony, kino gatunkowe rządzi się swoimi prawami. „Ojciec Chrzestny” czy „Chłopcy z ferajny” również nie są dokumentami moralizatorskimi. Kawulski zdaje się mówić: „Oto historia człowieka, oceńcie go sami”. Film nie ukrywa upadku Nikosia – jego uzależnienia, paranoi, utraty wpływów i ostatecznej, brutalnej śmierci. Finał filmu jest gorzki i nie pozostawia złudzeń, że droga przestępstwa prowadzi donikąd. Mimo to, blask, jakim otoczono postać głównego bohatera, pozostaje w pamięci najmocniej.
Dlaczego ta historia tak nas fascynuje?
Sukces filmu „Jak pokochałam gangstera” wynika z głębokiej ludzkiej potrzeby obcowania z mitem. W polskiej kulturze wciąż żywy jest archetyp Janosika czy cwaniaka, który oszukał system. W czasach PRL-u, kiedy państwo było wrogiem obywatela, ktoś, kto potrafił to państwo okradać lub omijać jego zakazy, zyskiwał cichy podziw społeczny. Nikoś idealnie wpisuje się w ten schemat. Był symbolem sukcesu w czasach beznadziei, nawet jeśli ten sukces był brudny.
Dodatkowo, lata 90. w Polsce to okres, który obecnie przeżywa swój renesans w popkulturze. Dla pokolenia dzisiejszych 40-latków to czas młodości, pierwszych dżinsów z Pewexu, gumy Turbo i marzeń o Zachodzie. Film Kawulskiego gra na tych sentymentach w mistrzowski sposób. Oglądając go, nie tylko śledzimy losy gangstera, ale też wspominamy transformację ustrojową – czas dziki, niebezpieczny, ale pełen nieograniczonych możliwości.
Warto też zwrócić uwagę na drugi plan aktorski. Janusz Chabior jako „Magi” to klasa sama w sobie – wnosi do filmu mrok i powagę starej gwardii przestępczej. Z kolei Antoni Królikowski, choć jego rola jest mniejsza, również zapada w pamięć. Zespół aktorski stworzył barwną mozaikę postaci, które zaludniają ten specyficzny ekosystem Trójmiasta. Każda z tych postaci reprezentuje inną postawę wobec rodzącego się kapitalizmu i bezprawia.
Podsumowanie – czy warto obejrzeć?
Film „Jak pokochałam gangstera” to pozycja obowiązkowa dla fanów kina gatunkowego w Polsce. Nie jest to dzieło bez wad – momentami bywa zbyt rozwlekłe, a narracja zza kadru może irytować swoją pretensjonalnością. Jednak jako całość, jest to kino zrobione z rozmachem, pasją i pomysłem. To film, który wciąga w swój świat, oszałamia obrazem i dźwiękiem, a przede wszystkim oferuje jedną z najlepszych ról męskich w polskim kinie ostatnich lat.
Czy pokochasz gangstera po seansie? Prawdopodobnie nie, ale na pewno zrozumiesz, dlaczego inni mogli go kochać. Zrozumiesz mechanizmy, które wyniosły go na szczyt i te, które strąciły go w niebyt. To opowieść o ambicji, która pożera własne dzieci, i o Polsce, której już nie ma – Polsce szeleszczących ortalionów, pierwszych kantorów i niebezpiecznych ulic.
Dla widza szukającego rozrywki na wysokim poziomie realizacyjnym, połączonej z lekcją (choć nieco zmitologizowanej) historii najnowszej, jest to propozycja idealna. Kawulski udowadnia, że polskie kino komercyjne nie musi mieć kompleksów i potrafi opowiadać historie uniwersalne, ubierając je w lokalny, specyficzny kostium.
- Wartość historyczna: Choć fabularyzowany, film rzuca światło na realia Trójmiasta przełomu wieków.
- Gra aktorska: Tomasz Włosok w życiowej formie.
- Muzyka: Ścieżka dźwiękowa, która zostaje w głowie na długo po seansie.
Ostatecznie „Jak pokochałam gangstera” to film o pragnieniu bycia kimś więcej niż pozwala los. To uniwersalna historia o wzlocie i upadku Ikara, tyle że Ikar w tym przypadku nosi markowy garnitur, jeździ kradzionym Mercedesem i rządzi Gdańskiem. I jak każdy Ikar, musi w końcu spaść, gdy słońce – lub w tym przypadku lufa pistoletu – znajdzie się zbyt blisko.
